Archive for luty, 2008

W ciasteczkach najważniejsze jest nadzienie

(…) Drzwi zamknęły się z cichym chrzęstem, kiedy do mieszkania wtoczyła się wyraźnie zmęczona Kobieta.

- Hej Kobieta, co jest? - Bob(r) od progu zaczął nagabywać - co się stało, że tak późno dzisiaj wracasz?

- Nie pytaj. W pracy mieliśmy dzisiaj podsumowanie miesiąca, raporty ze sprzedaży, analizy finansowe, a na koniec wspaniałe spotkanie integracyjno-motywujące, po którym ostatecznie chciałam sobie przegryźć żyły… - westchnęła Kobieta ściągając wiosenny płaszcz.

- No, no, mój mały pracoholu! - zaśmiał się z przekąsem Bob(r), przeciągając się z uśmiechem na sofie.

Kobieta ściągnęła buty i rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej uwagę zwrócił porządek, na ogół nieobecny w przypadku dłuższego kontaktu z Bob(r)em.

- Tee, Bob(r), a ty gdzie dzisiaj byłeś? - spojrzała przenikliwie na Bob(r)a, po czym uważnie rozejrzała się ponownie po pokoju, a także zajrzała pod poduszkę na sofie, szukając czegoś dziwnego.

Bob(r) głośno westchnął, wyciągnął przed siebie nogi na sofie i powiedział z uśmiechem:

- Widzisz, dzisiaj Ziomek dostał w pracy jakieś bilety do kina - rzucił swobodnie w powietrze - jakiś triler, więc pomyśleliśmy, że to będzie taki męski wieczór.

Kobieta na niego spojrzała z niedowierzaniem, a potem z miną ciekawskiej starszej pani zapytała:

- Bob(r) a o czym był ten film?

- Nie powiem! Męski wieczór, męska tajemnica! - roześmiał się Bob(r).

- Ejjj no powiedz! Zrobię Ci ciasteczka, okej? - Kobieta wiedziała, że ma w zanadrzu bardzo dobry środek perswazji.

- O, a w filmie to nawet było coś o pieczeniu ciasteczek - z szelmowskim uśmiechem powiedział Bob(r).

- To ja ci zrobię takie ciasteczka jak w filmie, tylko powiedz! - Kobieta zbliżyła się tak, że bez trudu było widać wszystkie piegi na jej nosie - no proszę!

- Ok, więc byliśmy na jakimś filmie o mordercy w masce, który szlachtował ludzi brzytwą, a potem jego żona piekła z tych zwłok ciasteczka - wydusił śmiejąc się Bob(r) - to co, kiedy będą obiecane ciasteczka?

- Dobra, nie chciałam jednak wiedzieć, zapomnij o takich ciasteczkach! - z miną obrzydzenia Kobieta wystrzeliła do kuchni.

- To może chociaż z kota Diabolicznej Sąsiadki?!? - zawołał za nią Bob(r) - ona i tak woła na niego “czekoladko”!

W kuchni przez chwilę zapanowała złowroga cisza. W końcu w progu stanęła Kobieta z wielkim rzeźnickim tasakiem w jednej ręce i trzymanym za szyjkę kurczakiem w drugiej.

- Mogę Ci zrobić na kolację kurczaka w cieście - stanowczo spojrzała na zaskoczonego Bob(r)a - pasi? (…)

Kluczowe pytania nie spadają z nieba

(…) Jak co dzień rano rano Kobieta rozpoczęła dzień od porządnego i dogłębnego oczyszczania cery. Była już przy toniku matującym, kiedy zza niej zaatakowało ją pytanie:

- Jak to jest, że w przypływie swojej błyskotliwości nadal jesteśmy tacy ograniczeni? - rzucił w przestrzeń Sedes.

Kobieta rozejrzała się nerwowo dookoła, myślą, że to znowu Bob(r) robi jej kawał, ale kiedy wyjrzała przez szparę uchylonych drzwi, okazało się, że Bob(r) śpi.

- Zastanawiam się, co by było, gdybym nie był tym kim jestem - ponownie głos dobiegł do Kobiety zza pleców.

Kobieta, nadal trzymając w ręce tonik matujący, odwróciła się nagle w stronę głosu i nerwowym, łamiącym się głosem powiedziała:

- Kim jesteś?!? Mam tonik antybakteryjny z alkoholem i nie zawaham się go użyć! Będzie szczypał w oczy!

- Ciiicho autobocie, napij się meliski - ponownie dotarł do Kobiety głos, tym razem gdzieś poniżej miejsca w które nerwowo celowała tonikiem.

Kobieta wpierw lekko zbielała, a zaraz potem powolutku, wręcz z namaszczeniem opuściła wzrok

- Sedes?

- Raczej nie pisuar, nie? - odezwał się Sedes, wyraźnie zirytowany ignorancją Kobiety.

- Od kiedy sedesy mówią? - trwożnie zapytała Kobieta, nie przestając celować tonikiem w muszlę.

- Ot, istota postępu. Jaki jest sens siedzieć tutaj jak ten kloc i czekać na jakieś towarzystwo, które jak już przyjdzie, to robi swoje i wychodzi - wyrzucił z siebie Sedes - a ja jestem taki samotny… Samotny…

- Oj, sedes, nie przesadzaj! - uśmiechnęła się Kobieta

- Mam w sobie tyle wątpliwości, tyle lęków o przyszłość, o teraźniejszość. Czasem czuję się taki nieczysty, taki wewnętrznie brudny, taki nieschludny ideowo. Czasem czuję się jak gówno autobocie, jak zwykłe prozaiczne gówno… - kontynuował Sedes - Chciałbym wiedzieć jakie jest moje przeznaczenie, myślałem zawsze że mam misję do spełnienia na tym świecie - na chwilę się zatrzymał - wiesz, że coś zmienię…

- Sedes, nie pękaj, może Cię przytulę? - Kobieta wyraźnie zmiękła.

- Lepiej nie, Bob(r) obsikał wczoraj deskę - szybko skwitował Sedes - ale możesz mi wrzucić miętówkę Domestosa, po tych cytrynowych dostaję czkawki (…)

Tylko winny i naiwny się tłumaczy

(…) Z telewizyjnego letargu obudziło Bob(r)a łomotanie do drzwi. Powoli wstał psiocząc pod nosem i udał się otworzyć “te cholerne drzwi”. Spojrzał przez judasza i od razu wiedział, że najlepsze tego wieczora dopiero się zaczyna - po drugiej stronie stał Ziomek.

- Elo Ziomek, co słychać? - przyjaźnie zagadał Ziomka, wyraźnie czymś rozbawionego.

- A nic, wiesz, byłem sobie dzisiaj na w Empiku - spojrzał na Bob(r)a z szelmowskim uśmiechem - i wiesz, stoi sobie jakaś laseczka w dziale “książki kucharskie”, taka wiesz, fajna - uśmiech Ziomka stale się poszerzał.

- I co i co? - zaczął dopytywać Bob(r) - co się stało, bo widzę że musiało się coś wydarzyć!

- Spokojnie Bob(r). No i sobie stoi. A zaraz obok tego działu jest “literatura popularna”, wiesz, romansidła, opowiastki dla dużych dziewczynek itp. - teraz to Ziomek już prawie wybuchał śmiechem - to ja sobie pomyślałem, że zagadnę laskę fachowo, z klasą, wiesz “że tak powiem inteligentnie”. Wziąłem pierwszego lepszego Irwina i do niej uderzam.

- Hmmm, mów dalej - Bob(r) mruknął podejrzewając co się stało dalej, zresztą znał Ziomka jak swojego rodzonego brata, którego zresztą nigdy nie miał.

- No to ja do niej podchodzę, szarmancki uśmiech i te sprawy - kontynuuje Ziomek - i zagajam rozmowę “hej, widzę że potrzebujesz czegoś ciekawego do odchamienia się”.

Mina Bob(r)a momentalnie utwierdziła Ziomka w przekonaniu, że to jednak nie był najbardziej maczo tekst, jaki tylko można było sobie wymyślić.

- I słuchaj laska strzeliła totalnego karpia, patrzy na mnie, na książkę, na mnie, na książkę. W końcu się ocknęła i uderza do mnie, że ja burak jestem i w ogóle jakim prawem ją od chamek wyzywam - kontynuował Ziomek - a ja do niej spokojnie, że nie zrozumiała, bo tak się mówi i niezrozumienie tego powiedzenia nie świadczy o chamstwie, tylko raczej o skrajnej ignorancji i indolencji językowej rozmówcy.

W tym momencie Bob(r) parsknął śmiechem, co nie przeszkodziło Ziomkowi kontynuować relacji.

- Cóż, w tym momencie moje uderzanie do niej zostało zakończone przez jej stanowcze uderzenie mnie w mazak i stanowczy sapiący marsz w stronę kasy - spojrzał na duszącego się ze śmiechu Bob(r)a - stary wiesz jak boli taki płaski wytipsowaną rączką? Jakbyś dostał szpachelką prosto przez twarz!

Bob(r) parsknął histerycznym śmiechem i wybiegł krzycząc “przyniosę ci kompresik” do kuchni (…)

Oblicze katastrofy zmiennym jest

(…) Bob(r) jak zawsze wylegiwał się na kanapie, kiedy do mieszkania weszła Kobieta.

- Hej Bob(r) jak leci? - zapytała ściągając płaszcz i wieszając go na wieszaku w przedpokoju.

- Aaa nic, miziam sobie w fotoszopie, chcesz zobaczyć? - wymamrotał Bob(r) nawet nie odrywając wzroku od ekranu.

- A poookaż - Kobieta założyła kapcie i wyruszyła w stronę ciepłej i wygodnej kanapy do tej pory okupowanej przez Bob(r)a.

- Widzisz, jestem jak prawdziwy dizajner! - z dumą odwrócił laptopa Bob(r) tak, żeby Kobieta mogła dokładniej ocenić jego dzieło.

- Taaak, prawdziwy… raczej… dizaster! - roześmiała się kobieta i zaczęła iść w stronę kuchni, pewnie z zamiarem napicia się herbaty.

- Tak, tak! Uciekaj do swojej kuchni Kobieto! Zobaczymy czy obiad będzie taki sukcesior, czy raczej dizaster! I w ogóle foch! Z przytupem! - żachnął się Bob(r) na sofie (…)

Okno na świat można zrobić nawet w betonie

(…) Dzwonek do drzwi zadźwięczał złowieszczym jazgotem. Kobieta podeszła do drzwi i wyjrzała na drugą stronę przez judasza.

- Bob(r)! Ziomek przyszedł - zawołała w stronę kanapy, po czym wróciła spowrotem do swoich zajęć.

Bob(r) zwlókł się z kanapy i otworzył drzwi.

- O hej Ziomek! Co słychać? - zawołał entuzjastycznie - a gdzie ty się tak wytarzałeś?

- Wytarzałem?!? - zdziwił się Ziomek, próbując odnaleźć przyczynę rozbawienia Bob(r)a.

- Stary, masz tynk na ramieniu nieźle muszą tobą pomiatać w tej pracy - rzucił Bob(r) mrugając okiem.

- Nie gadaj! - krzyknął Ziomek, nerwowo próbując strzepnąć pył z ramienia - Wiesz Bob(r), bo to jest tak, że dzisiaj rano przychodzę do pracy, a taki jeden remontant sobie rysuje na środku ściany okno. No i sobie je narysował, ja sobie pomyślałem “dziwny jakiś, że sobie rysuje okno w środku” i zaczynam pracować.

- I co i co? - zaczął dopytywać Bob(r), a Kobieta wychyliła się z kuchni posłuchać o czym mówi Ziomek.

- No i nic, siedzę sobie i coś miziam na służbowym komputerze, a tu nagle huk koło mnie! Staaary, istna Czeczenia, walenie, wszystko się trzęsie, jak jakiś atak bombowy! Normalnie nie do opisania! - darł się Ziomek ekstatycznie wymachując długimi i chudymi rękoma - rozumiesz? CZE-CZE-NIA! - wydyszał chwytając Bob(r)a za koszulkę.

- Wesoło, nie powiem… - powiedziała Kobieta i schowała się spowrotem w kuchni.

- Spokojnie stary, zobaczysz, wstawią szybko to okno, czy co tam chcieli wstawić i będzie spoko - Bob(r) poklepał Ziomka po ramieniu - no to może napijesz się czegoś? (…)

Wróg to pojęcie wysoce koncepcyjne

(…) Drzwi od toalety otworzyły się z cichym skrzypem. Do mrocznego środka powoli wtoczył się Bob(r). Oparł się o ścianę i powoli podniósł deskę klozetową.

- Stać! Kto tam? Mów, czy jesteś autobotem, czy deceptikonem!

- Sedes, siedź cicho… - powiedział Bob(r) i kontynuował dalej to, czego tak łatwo przerwać się nie da.

- Gadaj, czy jesteś autobotem, czy deceptikonem! - nalegał coraz bardziej stanowczo Sedes.

- Ech, niech będzie, jestem autobotem, najbardziej autobociastym ze wszystkich, pasi? - Bob(r) kontynuował.

- Osz cholera, taki poniżenie… Takie poniżenie z… rąk autobota, poniżenie jak dno plus metr mułu, a potem tylko beton… Że na mnie nasikał autobot? AUTOBOT?!? - gorączkował się Sedes - nie no tak nie będzie. Muszę się…

- Sedes, zamknij się - rzucił Bob(r) i zatrzasnął głośno deskę.

- No nie! Cholerne autoboty! Obsikają, trzasną i potem unikają riposty! - bulgotał spod zamkniętej deski Sedes.

Bob(r) odwrócił się na pięcie, przykucnął obok i powiedział cicho:

- A gdybym był deceptikonem, to byś się poczuł lepiej?

- Eee, wcale nie, w sumie to nasikałeś na mnie tak czy siak, ale deceptikon to co innego, to swój sedes, czaisz… - wybełkotał.

- No to dla ciebie mogę zostać deceptikonem, żeby ci nie było przykro - powiedział Bob(r) i objął swojego nowego deceptikonowego towarzysza.

W tym momencie światło od toalety zapaliło się i w drzwiach stanęła rozczochrana Kobieta:

- Aaa tak, mogłam się tego domyślić… - wymamrotała Kobieta rzucając litościwe spojrzenie Bob(r)owi, po czym zgasiła światło i przymknęła drzwi.

Minęła dłuższa chwila, zanim Sedes wicho zabulgotał:

- Nie pękaj stary. Ona jest autobotem… i sika na siedząco… (…)

Kolor kapelusza to kwestia generalnie indywidualna

(…) Drzwi do mieszkania trzasnęły za Bob(r)em, który wtoczył się do środka i z namaszczeniem położył torbę z komputerem na wersalce.

- Co tam Bob(r), jak w pracy? - Kobieta jak zawsze zawołała z kuchni.

- A fajnie, pośmialiśmy się, bo przylazł do nas reklamować się jakiś sosem.

- Sosem?

- A nie wiem, mówił coś o SEO-SEM, ale naprawdę brzmiało jak SOSEM.

- Acha - zaśmiała się Kobieta - i co z nim?

- A nic, wiesz - Bob(r) zaśmiał się - przyszedł do nas taki i zaczął mówić o jakichś kapeluszach, black-hat, grey-hat, white-hat.

- Co?!? - Kobieta roześmiała się niedowierzając.

- No nie wiem co ten sosem mówił, ale w końcu C3O nie wytrzymał i się go spytał, czy w takim razie możemy go poprosić o usługi pink-hat, bo on niczego już nie rozumie, poza tym, że to musi być straszny fetysz tak ciągle o kapeluszach nawijać - śmiał się Bob(r).

- I co i co? - dopytywała Kobieta.

- No nic, strzelił focha i wyszedł - zaśmiał się Bob(r) - Jeszcze nigdy nie widziałem tak szybko biegnącego faceta, za którym ktoś krzyczy “hej, zostawił pan swój melonik!” (…)

Telewizja edukacyjna bywa, też

(…) Kobieta weszła do mieszkania, zastając Bob(r)a leżącego na kanapie z poduszką przyciśniętą do głowy.

- Eee, Bob(r), co jest?

- Remontanci, od rana wiercą, cholerni remontanci… - wybełkotał - łeb mi pęka przez te ich wiertarki!

- Spokojnie, może już niedługo skończą - westchnęła Kobieta wstawiając czajnik wody.

- Albo skończą szybko, albo ja zrobię im jak predator robił alienom - powiedział stanowczo Bob(r) - wczoraj obejrzałem nowego Eljens fersus Predejtors i wiem jak się… zabija - dodał mrużąc oczy, z ogromnym naciskiem na “za” i “ja”.

Kobieta westchnęła, wróciła do kuchni i zaczęła jakby nigdy nic klepać kotlety (…)

Nocne rozmowy nocą

(…) Do kuchni wtoczył się ledwie przytomny Bob(r). Trzasnął drzwiami, osunął się na krzesło i niczym zombie wyciągnął spoconą łapę po postawiony przed nim przez Kobietę kubek kawy.

- Trudna noc, co? - spytała Kobieta zerkając kątem oka na sinego Bob(r)a.

- A nie pytaj… - westchnął Bob(r) i uderzył głową w blat.

- Jednak spytam! - uśmiech Kobiety stawał się z sekundy na sekundę coraz bardziej szelmowski.

- Obudziłem się w środku nocy, zachciało mi się siusiu, to sobie idę do kibelka, wiadomo nie zapalam światła, co bym potem normalnie mógł zasnąć, robię co trzeba i wiadomo, nie będę spuszczał wody, żeby sąsiadów nie budzić i… i… - Bob(r) coraz bardziej chował się pod dłońmi, słowo za słowem.

- I wtedy co? Ja spałam, więc nie wiem - mina Kobiety wyrażała coraz silniejszą ciekawość.

- I wtedy już prawie wyszedłem - Bob(r) podniósł głowę i spojrzał jej z obłędem prosto w oczy - a on do mnie powiedział, on powiedział, powiedział że “ej stary, ale po jedzeniu to myjesz zęby, więc ja też chcę umyć, nie ziom?”

Kobieta spojrzała rozbawiona na Bob(r)a i spojrzeniem dawała mu do zrozumienia, że to nie rozwiało jej wątpliwości:

- Kto ci to powiedział Bob(r)?

- Seeedeees - zawył Bob(r) ukrywając twarz w dłoniach - on mówi, rozumiesz? MÓWI!

- Wiesz co Bob(r) - spojrzała na niego ukrywając łzy i starając się nie wybuchnąć śmiechem - zrobię Ci dobre śniadanie, Pan Sedes napewno się ucieszy - po czym poszła w stronę lodówki (…)

Bo do miziania myszki nie potrzeba

(…) Bob(r) siedzi przy stole, smarując paluchem po gładziku swojego laptopa, zapalczywie coś tam zaznaczając, przeciągając, z miną totalnego fanatyka. Do pokoju weszła Kobieta:

- Ty, Bob(r), a ty co tak tak smarujesz? - ciekawie zerknęła na ekran zza ramienia Bob(r)a.

- A tak sobie grzebię w fotoszopie, może coś z tego ciekawego wyjdzie… - Bob(r) nie odrywając wzroku od matrycy smaruje dalej.

- Ołkej, to widzę bardzo zajęty jesteś - Kobieta odwróciła się i podniosła do ust kubek z herbatą.

- Nie, nie, tak sobie tylko miziam - wymamrotał Bob(r) - tak wiesz, bez myszki! - dodał równie obojętnym tonem.

Jego uwagę zwrócił dopiero głośny brzdęk ceramiki i chichot Kobiety:

- Ej, no co? - zapytał niewzruszony nie odwracając wzroku.

- Nie nic, miziaj miziaj - wykrztusiła jedynie Kobieta podnosząc się z dywanu (…)

Następna strona »